środa, 22 marca 2017

"Beauty and the Beast" - czyli jak wrócić do dzieciństwa w kilka chwil... [RECENZJA FILMU]

Hej, witam Was serdecznie w ten wiosenne popołudnie! Dzisiaj przychodzę do Was z kolejną recenzją! A o czym Wam dzisiaj opowiem? O ekranizacji mojej ulubionej bajki Disneya. Już zapewne większość z Was wie o czym mówię. Tak, dzisiaj o "Beauty and the Beast"!



Bajka z początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nareszcie doczekała się filmowej adaptacji! I oczywiście ja, prawie pełnoletnia osoba, musiałam jako pierwsza popędzić do kina i zobaczyć co przygotowało dla nas Walt Disney Pictures i  Mandeville Films, pod czujnym okiem Billa Condona.
Projekty jego reżyserii, takie jak musical "Dreamgirls" oraz dwie części opowieści o pięknej Belli i jej ukochanym bestii ("Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 1" i "Część 2") w prostej drodze prowadziły go właśnie do tego zadania. Jak się okazało, Condon wykazał się nie tylko niezbędnym doświadczeniem, ale także olbrzymim szacunkiem do oryginału. Jego respekt do nominowanej w 1991r do Oskara nominacji ma zarówno swoje dobre, jak i złe strony. Przede wszystkim Condon opowiada tą samą historię, scena po scenie - tylko oprawioną w nową, bardziej efektywną formę. Także miłośnicy oryginalnej wersji mogą być spokojni. Nic z opowieści o pięknej i mądrej Belli, którą ograniczają wąskie horyzonty prowincjonalnej codzienności, a jej marzenia o lepszym życiu realizują się poprzez miłość do księcia – nie zostało zmienione. Jednak z drugiej strony w Billu tkwi słabość do nowej wersji, gdzie pojawiają się problemy w kwestiach genderowych, jak i społecznych. Na szczęście w całym filmie jest jedno najważniejsze przesłanie, którego nie można ominąć - to, że piękno może być ukryte w środku.

Bella, grana przez Emmę Watson, jest tą samą postacią co w animacji, w tych samych ikonicznych sukienkach doskonale odgrywa rolę słodkiej, dobrotliwej i delikatnej bohaterki, nie ubogacając jej jednak o żadną nową cechę ( co jak już mówiłam może być zaletą jak, i złą stroną tego filmu).  Jednakże postać zjawiskowej Belli przyćmiewa Luke Evans, odtwórca wspaniałego, silnego, narcystycznego i aroganckiego Gastona. I muszę Wam przyznać, że jest tak olśniewający i przekonujący, jakby ta postać była wzorowana właśnie na nim! W samym filmie cieszą oczy też postacie drugoplanowe i aktorzy kryjący się za zaczarowanymi przedmiotami. Ewan McGregor jako Płomyk, Ian McKellen grający Trybika, Stanley Tucci w roli pociesznego Maestro Cadenzy czy zachwycająca Emma Thompson jako Pani Imbryk, ich bohaterowie są tak pięknie i z najdrobniejszymi szczegółami – zanimowani, że samo patrzenie na nich daje dużo radości oglądającemu. W postać Bestii wcielił się niesamowity Dan Stevens, który dzięki specjalistom od efektów CGI zmienił się nie do poznania, jednakże nie budzi już takiej grozy jak w oryginale. Twórcy filmu dodatkowo rozszerzyli wątek dotyczący rodziców zaczarowanego księcia, co nadaje dodatkowy sens charakterowi Bestii, tak że już prawie na początku zaczynamy rozumieć, dlaczego postępuje tak, a nie inaczej. Mimo tego ułagodzonego wątku nowa "Piękna i Bestia" jest dosyć mroczna i niektóre sceny – jak na przykład atak wilków czy pojedynek na wieżach zamku – mogą zmrozić małym widzom krew w żyłach. Jednakże pojawiające się w fabule zabawne żarty skutecznie jednak rozganiają ciemne chmury, dlatego więc uważam,że najmłodsi raczej nie będą mieli koszmarów.


Na uznanie zasługuje na pewno soundtrack. Muzyka, która pojawia się w filmie wspaniale oddaje atmosferę całego filmu. Jednakże ku mojemu nieszczęściu w kinach w Polce jest dubbing, przez co nie można usłyszeć przepięknego głosu Watson, czy wspaniałego wykonania, mojej ulubionej piosenki, Evansa. Tekst piosenek w języku polskim także różni się od oryginału, ale co począć. Tak już musi być, lecz soundtrack można odsłuchać na różnych platformach, typu youtube, czy spotify.
Cieszę się, że do ról zostali wybrani w większości znani aktorzy (z "Harrego Pottera", "Igrzysk Śmierci", "Hobbita", "Noc w muzeum" czy "Niani McPhee"), dzięki nom ten film wydaje się bardziej współczesny. A każdy z tych aktorów dobrze wie jak wykreować daną postać i widać teo efekty.

Sądząc po efekcie, jaki udało się uzyskać Condonowi, sądzę, że odświeżanie niektórych historii ma jak najbardziej sens. Dzięki nowej, moim zdaniem, bardziej efektownej i bardziej widowiskowej formie, jedna z najpiękniejszych bajek Disneya ma szansę zdobyć miłość kolejnego pokolenia widzów. A dzięki opowiadaniu jej wciąż na nowo i od nowa ma szansę stać się nieśmiertelna.
Czy wspominałam już, że to moja ulubiona bajka Disneya?
Widzieliście już tą moim zdaniem niesamowitą ekranizację? 
Jeśli nie idźcie koniecznie!
Jeśli tak, czekam na Wasze opinie!


4 komentarze:

  1. I w ten oto sposób zaczynam żałować, że nie mam pieniędzy i nie poszłam na ten film...
    Super recenzja, dostajesz uśmiechniętą minkę!
    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Twoje recenzje, ale napewno już Ci to mówiłam. Świetnie piszesz i naprawdę mogą zachęcić czytelnika :) Uwielbiam Emmę Watson jako aktorkę, więc napewno obejrzę tę bajkę Disneya :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zastanawiałam się czy nie pójść na ten film, teraz wiem, że warto! :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Doslownie parę dni temu bylam na tym filmie i jest on genialny! A co do recenzji to jest ona świetna!

    OdpowiedzUsuń